Nieopatrznie włączyłam wczoraj telewizor i to jeszcze na TVN24. No i się zirytowałam. Patrzyłam na naparzającą się pod Narodowym dzicz i miałam ochotę jednego po drugim wziąć za kark i powiedzieć im, co o nich myślę. W grę wchodziły również rękoczyny.

Ja, takie strachajło, co w tramwaju przechodzi na drugi koniec, jak wsiądzie "ktoś dziwny". Które podskakuje i przyspiesza, gdy ktoś za nim na ulicy podniesie głos, a w pociągach lustruje współpasażerów na okoliczność bycia kryptoterrorystą szykującym się do detonacji.

Oczywiście, konieczne do tego byłyby pewne warunki, narodowcy obsługiwani byliby pojedyczno, w ciemnym pokoju i z gwarancją, że każdy z nich po wyjściu dostanie nagłej amnezji lub, jeszcze lepiej, w każdym dokona się wewnętrzna przemiana w kochającego pokój nerda (bo hipisów też się boję), który co miesiąc wpłaca datek na dowolnie wybrane schronisko dla zwierząt.

A z tym ciężko. Więc kłębią mi się w głowie myśli niegodziwe i niegodne.

Bo z premedytacją niszczą moją stolicę, śpiewaja mój hymn, a symbol Polski walczącej powiewa im na piersiach, gdy krzyczą, co by zrobili Żydom, gejom i cyklistom. A na Powązkach huk, jak się jeden z drugim, co pod tym symbolem zginęli, w grobie przewraca.

Szczególnie przykre odczucia mam w stosunku do jednego narodowca, który razem ze mną i paroma innymi osobami dziękował mojej ukochanej Wychowawczyni z gimnazjum za wspólne trzy lata i z którym do dziś jesteśmy przez nią nazywani "jej ukochanymi dziećmi". Mam nadzieję, że ona nie wie, co się z nim teraz dzieje.

Nie lubię ich przez to, co o nich myślę.
Nie lubię.
Obsługiwane przez usługę Blogger.